Beat The Sun 2016 – naprawdę niecodzienny bieg

Beat The Sun 2016 – naprawdę niecodzienny bieg

Brakowało chwil, żeby pisać na bieżąco i prowadzić dziennik wyjazdu. Ale nie mogę pozwolić, żeby wspomnienia tych dni a zwłaszcza ostatniego, dnia wyścigu, uleciały bez komentarza.

Przyjazd pod Mount Blanc, długi i deszczowy. Gór prawie nie było widać, siąpiący deszcz  chłód. Akie przywitanie zgotowało nam Chamonix. Nikt jednak za bardzo się tym nie przejmował, bo wyczekany Beat The Sun stawał się faktem.

Następnego dnia niebo znowu spowite chmurami i siąpiący deszcz nie napawał optymizmem. Wspaniałe uczucie, kiedy organizator imprezy myśli za Ciebie i odgaduje Twoje potrzeby. Przygotowane było wszystko, co w trakcie takiego biegu i w międzyczasie, mogło się nam przydać.
Z wielką ekscytacja wyszliśmy na pierwszy trening, rapem 6,5km biegu pod górę, tak na przywitanie się z górami i lodowcem a właściwie miejscem gdzie był 100lat temu.

13435332_10154248069942801_5132813703744579714_n

Trzeciego dnia wiedzieliśmy już, które odcinki pobiegniemy, wprawdzie do dyskusji ale w zasadzie poza małymi wyjątkami nikt nie zmienił swojej działki. Zaczęliśmy  od końca, czyli ostatniego odcinka wyścigu. Przyjemny 8km szlak wzdłuż rzeki, pełen relaks…

FB_IMG_1466268217670
Deena Castor na pierwszym planie

Czwarty dzień pobytu, to kolejny trening. Wyjechliśmy do Włoch poznać szósty z odcinków, najbardziej stromy. Piękne słońce i genialne widoki. Nikt nie zdecydował się na cały dystans, oszczędzanie nóg przed wtorkiem.

20160619_095047

Dzień Beat The Sun
Pobudka zaplanowana na 4:00, w rzeczywistości przed budzikiem przebudziłem się kontrolnie kilka razy. Zapowiadał się długi dzień, więc postanowiłem zjeść o na ok h przed startem małe śniadanie. Herbatka i francuskie ciasteczka z dżemem.  Analizowałem ostatnie tygodnie i miesiące, szukałem tych plusów, które miały mi pomóc pokonać słońce tego dnia.
– 9 dni w Szklarskiej,
– zbiegałem ze Szrenicy kilka razy w życiu,
– mieszkam przez całe życie na niepłaskim terenie,
– w tym roku często zdarzało się trenować dwa razy dziennie,
– jestem zmotywowany,
– mięśnie świeże, mało startów w tym roku,
– zawsze w wysokich górach ścigałem się w czerwcu, nigdy nie będąc po długich wyczerpujących przygotowaniach i  zawsze było dobrze.
– mam nowe buty, uwielbiam biegać w nowych butach,
– dzień przed wyjazdem wpadł na mnie rowerzysta, w ostatniej chwili uniknąłem kontuzji, czyli refleks jest, przyda się na zbiegach, plus można to uznać za dobry znak,
– kilka solidnych zabiegów fizjo,
– no i najważniejsze, jestem z Gąsiorowa,

Asics BTS
przyczajony w ostatniej linii

Start

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to będą trzy wyścigi, myślałem o taktyce, o spokojniejszym początku o zachowaniu sił na drugi i ostatni etap, takie tam bzdury. Podjechaliśmy na start, gdzie oczekiwała niemal cała ekipa BTS, dziennikarze, organizatorzy i zawodnicy. Race, muzyka, odliczanie i ruszyliśmy. Kilkaset metrów po ulicach Chamonix i na trasę w stronę Le Tour, droga przez kolejne 13km wiodła w górę. Szybko zorientowałem się, że jestem szybki na zbiegach, wystarczyło kilka kroków i byłem z przodu. Nie było to niestety na tyle długie zbiegi, żeby robić przewagę nad resztą grupy, zwłaszcza że suma podbiegów była znacznie wyższa ni zbiegów. Nie było sznas doganiać Xaviera Chevier (1:03:43 półmaraton), Mattego Hynse ( 2:16 w maratonie) i Duncana Kiptanui (1:01 w półmaratonie). Końcówka tego odcinka była już dość stroma, zdarzało się przejść do marszu, ale cały czas miałem w myślach, to że kolejne odcinki będę już tylko z góry. Niemal przez cały dystans tego etapu, biegł ze mną reprezentant Oceanii, Ravin Kumar, specjalista od średnich dystansów. Na 10km, na krótkim asfaltowym zbiegu nie wytrzymał. Przyznam się, że to mnie dodatkowo podbudowało, pomyślałem sobie, że w tym moim średniactwie są plusy, jestem silniejszy kiedy teren się zmienia i zwyczajnie nie boję się puścić nóg na stromych zbiegach. O tym, że kiedy biegnie się we dwóch jest szybciej nikogo nie muszę przekonywać, dlatego Ravinowi zawdzięczam ten dobry początek wyścigu.

Po ok 2 minutach od startu byliśmy już w hotelu. Śniadanie, kąpiel, nogi do góry i próba drzemki. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze będzie to ostatnia szansa na zmrużenie oka w ciągu doby.

Na start kolejnego odcinka z Arnuva do Courmayer jechaliśmy ok godziny. Arnuva leży po włoskiej stronie w malowniczej dolinie. Idealne miejsce na przejażdżkę i podziwianie widoków. Tym razem przyszło nam czekać. Czekać nie wiedząc dokładnie kiedy wystartujemy. Informacje z góry były sprzeczne i niepotwierdzone. Jedyna pewną rzeczą było espresso, mocne i aromatyczne.

13493256_621385891350627_2133797021_o
meta szóstego etapu, mojego drugiego odcinka.

Wystartowałem z 32min stratą do pierwszej ekipy i ok 45’ do słońca. Wszystko było w zasięgu. Na ten etap nie założyłem startówek, całe 13,5 km to asfalt i non stop w dół. Uznałem, że grawitacja zrobi swoje a kolana mam tylko dwa, zero zamienników. Pewną  niepewność zasiał ostatni wydruk z opisem poszczególnych odcinków, gdzie czarno na białym było napisane, że mam do przebiegnięcia 10,5km a nie 13,5. Przeczucie było jednak za druga opcją i tak było rzeczywiście. Pierwsze kilometry, gdzie nachylenie było umiarkowane, udało się biec po 3:12 – 3:09, niestety tam gdzie nachylenie rosło, trzeba było hamować. Ten odcinek był specyficzny jeszcze z innego powodu, droga nie była zamknięta dla ruchu. No i jak tu się nie bać? Otóż organizatorzy zapewnili każdemu na tym odcinku, własnego przewodnika jadącego na rowerze. Jechał kilkanaście metrów przed, informował co dzieje się za zakrętem, kiedy ścinać, kiedy mocny zbieg a kiedy prosta. Fantastyczne uczucie, można wtedy tylko myśleć o tempie i przebierać nogami. Do strefy dotarłem z czwartym czasem 45’35 i na trzeciej pozycji. Po mnie na wspinaczkę ruszył Owoc (Piotr Myślak). Byłem padnięty…

W tym momencie,  ok 14:00, miał być czas na solidną regenerację, w końcu kolejny odcinek dopiero po 20:30. Niestety, czekaliśmy na ostatnich z naszej zmiany. Komplikacje na trasie, kontuzja Koreanki Eun Ju Won,  ostatecznie  pod prysznic wchodziłem o 17:45, by o 18:30 wyjechać na ostatni etap. Regenerowaliśmy się jak mogliśmy. Lód, cola, kanapki i szukanie możliwie najwygodniejszej pozycji w holu Centrum Olimpijskiego w Koumayer.

20160621_151758
Nogi regenerują się w górze

Mimo wszystko nie bałem się ostatniego odcinka, pomimo zmęczenia, wiedziałem że jeszcze wystarczy sił na 7,5 km. Poza tym wtedy sytuacja naszej drużyny była całkiem dobra 2 lub 3 miejsce i zapas nad słońcem. Nie specjalnie śledziłem każdą sekundę biegu, ale byłem spokojny.

20160621_145656
jak trzeba czekać to trzeba

Żel, herbata, bułka, żel z kofeiną i tyle. Europa central będzie za 15’, powiedział Pascal, nasz kierowca i opiekun. Ok czyli mogę spokojnie pobiec po 4:40 zachowując siły na ładny szybki finisz, żeby zdjęcia wyszły fajne a kibice myśleli, że to jakiś niesamowity kocur biegnie. Mija 15 min i nikogo nie widać, stoimy na ulicy w Les Houches. Północna Europa już finiszuje, południe też już na trasie a ja odliczam i przeliczam, ile to jeszcze mi zostało czasu przed zachodem słońca. Jakie to tempo, że zapas, że nie będzie bolało, luzik. Jak wbiegał Francis z drużyny Europy Południowej, powiedział, że Denis od którego miałem przejąć pałeczkę zgubił się i nadrobił ok 1 km.

Asics BTS
Denis Pamsel, najszybszy zbieg na przedostatnim odcinku

No ale najważniejsze, że jest jeszcze zapas. Mały ale jest. Myślę sobie, że nawet po 4’/km to też nie boli i spokojnie dam radę, (trasa tego odcinka nie była zupełnie płaska, zbiegi i podbiegi na zmianę, szutrową drogą wzdłuż rzeki i finisz oczywiści na głównej ulicy w Chamonix). Nawet jeśli musiałbym zagiąć się na 3;40, to też byłem w stanie, to sobie wyobrazić.

Każda minuta oczekiwania na Denisa, to kolejne obliczenia, w pewnym momencie przestałem, była już tylko koncentracja, śpiewanie mantr w głowie, wizualizacje i wywoływanie dreszczy emocji. Byłem gotowy na bieg do odcięcia. Do zachodu słońca zostało 35’ i  7,5 km do zrobienia, przynajmniej będzie ciekawa medialnie końcówka. Zapas się topi, Denisa nie widać, wszyscy mówią że dam radę, ja też tak mówię moim nogom. Kiedy zostało 30’ a ja wciąż nie widziałem Denisa… nie pamiętam co myślałem.

tomekBTS
Na 5 km słońce jeszcze było nad Mount Blanc

W końcu jest, słońce ucieka i zajdzie za 25min, czyli musiałbym biec w granicach 3’10/km… nawet ułańska fantazja nie pomogłaby mi rozpędzić się do takiego tempa. Kiedy nie możesz spełnić swoich oczekiwać, trzeba zmienić oczekiwania. Szybki remanent i uznałem, że celem jest stracić jak najmniej i dać z siebie wszystko. Zacząłem bardzo szybko, zbieg ok 500m i na liczniku 2:45… potem podbieg i pierwszy km zamknąłem w 3:24. Niesty potem było trudniej, nie patrzyłem na nadgarstek, ale czułem że wiatru we włosach nie ma. Każdy zbieg wykorzystywałem, żeby rozpędzać się do maximum. Około 4km czekał na mnie Owoc, to znowu pomogło, bo trzymałem się tak blisko jak tylko mogłem, podpowiadał gdzie sucho, gdzie kamienie i napędzał, słońce jeszcze było wyraźne, ale według oficjalnego czasu za kilka minut miało już pożegnać dzień. Każdy uwielbia ten moment kiedy wbiegasz w strefę kibiców, tego właśnie wtedy chciałem najbardziej, sapałem jak lokomotywa. Stromy zbieg, nie patrzyłem pod nogi, teraz patrzę na wykres i widzę, że było 2:40, miło. Ostatni kilometr, to asfalt pod górkę ale tam tez było z czego dokładać, to energia czasu i miejsca, nie do zdobycia w żaden inny sposób. Biegłem najszybciej jak mogłem, jak kubeł zimnej, orzeźwiającej wody spadały na mnie okrzyki kibiców siedzących w kawiarniach. Owoc, Emanuel i Charles, dołączyli do mnie i wbiegliśmy równo 7 min po zachodzie słońca. 30’36 tle czasu zajęło mi 7,8km. Nigdy wcześniej nie podejrzewałem siebie o to, że pobiegnę wyścig 3 raz w ciągu dnia.

Asics beat the Sun

Co działo się na mecie, to również coś niesamowitego. Szpaler fotoreporterów i dziennikarzy z mikrofonami, jakbym właśnie co najmniej pobił rekord świata, wtedy uświadomiłem sobie wagę tego startu. To się drugi raz nie wydarzy, za każdym razem bowiem trasa będzie inna, inni biegacze, góry postawią inne warunki, jedynie słońce o tej samej porze schowa się za Mount Blanc.

Dziękuję serdecznie całej mojej drużynie, organizatorom,  na czele z Laurent Ardito, przewodnikom i opiekunom, dzięki którym czuliśmy się jak najważniejsze osoby w Alpach. Mikołajowi i Marcinowi z Ultra, którzy byli przez cały wścig z nami, pomagali i pobudzali patriotycznego ducha.  Sebastianowi, który uwierzył, że warto pokazać Beathesun w Polsce i Owocowi, który ubarwił cały wyjazd swą nietuzinkową osobowością, natchną chyba wszystkie drużyny pozytywną energią i okazał się doskonałym kompanem nie tylko do biegania.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *