Kolarskie wzloty i upadki cz. 1

Kolarskie wzloty i upadki cz. 1

Jaki to żywot jest zaskakujący, marzysz sobie, planujesz, wyobrażasz, wizualizujesz a ilość kombinacji życia jest tak nieprzebrana, że ciągle podsuwa myśl w stylu, „kto by pomyślał, że kiedyś”, że kiedyś będę siedział z obolałą nogą,  w puchowej kurtce i bez słonecznych okularów na nosie, nad  brzegiem oceanu w słonecznej Portugalii, która akurat w danej chwili jest wietrzna i zachmurzona, podobno jak nie ma cienia,  to oznacza że nie ma i blasku…

 


Zacznijmy jednak od reminiscence.
Kiedy spadasz z konia podobno trzeba wsiąść jak najszybciej, by trauma nie wypaczyła wyobrażenia o tej czynności. Na koniu siadywałem, przemieszczałem się nawet, ale nigdy nie spadłem. Na rowerze owszm zdarzyło się. Pojechałem kiedyś na  ryby, dwie wędki tak jak tata to robił, jena na grunt druga na drobnicę. Oczywiście zawsze chodzi o grubą rybę ale przecież na co dzień praktyka jest potrzebna i coś jeść trzeba, identycznie jak w sporcie.  Tata wzorem był również w dziedzinie sportu, choć kiedy jesteś 13letnim  chłopakiem, to jeszcze nieświadomie naśladujesz, no i oczywiście podkradasz co ojcowskie.

Irek Domżalski na Huraganie, przed domem w Przeździęku Wilekim, 1975r.
Irek z kolarskim kumplem Bogdanem. Przeździęk Wlk 1975r

Patrząc na zdjęcia z przed lat, chciałem tak jak i on na kolarzówce. (wtedy nie wiedziałem o wszystkich kraksach i wywrotkach jakie zaliczył w trakcie swojej kolarskiej kariery )
Powrót z ryb z dwiema wędkami na kierownicy typu baranek, bez ryb i bez głębszego zastanowienia. Każdą okazję dosiadania kolarzówki wykorzystywałem do wizualizacji wyścigu, tamtego dnia był to akurat etap górski i całe szczęście. Na podjeździe staje w korby i cisnę ile wlezie, trzymając jednocześnie dwie wędki, z których jedna miała kołowrotek ważący tyle co 1/7 dzisiejszych karbonowych maszyn.
Walka była zażarta, przeciwnicy jeden za drugim zostawali w tyle a ja myślałem tylko jak mocno poprawię jak już wjadę na górę. Nagle jedna z wędek wymyka się z dłoni, szprychy, asfalt, kołowrotek… kołowrotek warty miliony, drogi na pewno bo niemiecki, pęka, koło scentrowane, ja poobijany. Tamtego lipcowego dnia nie dojechałem do mety. Ostatnią prostą na piechotę z rozdartym sumieniem i kolanem, przebyłem w  milczeniu, wizualizując rozmowę z tatą i klejenie kołowrotka. Rower Huragan Made in Poland, wówczas 25 letni i wyszedł bez szwanku, ja ostatecznie też.


Teraz sobie uświadamiam, że nie wsiadłem na rower szosowy przez tzw. jakiś czas, dopiero kiedy nastało 26 lato życia, kiedy rok wcześniej wystartowałem w pierwszym triathlonie zacząłem raz jeszcze.
Był to rower kupiony przez internet, też to dobrze pamiętam, no bo jakże nie pamiętać wydanych ostatnich funtów zarobionych na Wyspach. Niewygodny, za duży, niedopasowany do bezdroży Gąsiorowa i  ciężki, jedyna zaleta że niebieski. Ale kilka rozjazdów zrobiłem.

Indykpol Triathlon Olsztyn 2005r. Gdzie jest Wolly? Przyglądam się prosom, już po swoim starcie. Fot. Monika Pietkiewicz

Wychodząc z założenia aby łączyć przyjemne z przyjemnym wybrałem się do Mrągowa, ok 60km powinno być idealne na początek. W Mrągowie odwiedzę kolegę Trypuckiego myślę sobie, odpocznę, przenocuję i następnego dnia wrócę.
Przedarłem się przez pierwsze 2 nieprzejezdne dla szytek kilometry i ruszyłem. Manetki na ramie musiałem sobie przypomnieć, opanowanie zajęło pierwsze 10k i potem znowu  zaczął się wyścig. Nie miały szans ze mną drzewa, koty, psy babcie na rowerach a nawet jeden przeciążony Romet Komar (motorower z czerwonym bakiem, odchodzący wówczas do zasłużonego lamusa),  nie wytrzymał i strzelił z koła.

Olsztyn 2005r. Oswajam się z podium. Czy ten z gołą klatą to przyszły organizator Elementa Tri Series? fot. Monika Pietkiewicz
Olsztyn 2005. fot Monika Pietkiewicz. W T1 walczę o jak najlepszą pozycję, na drugim planie 🙂

Dojechałem dumny do Mrągowa, uda zbite mówiły tyko „Tomek, ale jesteśmy twarde i silne a ty jesteś wspaniałym kolarzem”
Piwko się należy po takim bohaterskim etapie, nawet dwa. No i żeby nie było podejrzeń, to  podkreślę, że może max 3 ale nie więcej na pewno. Grzecznie, kulturalnie, nie jak kiedyś z Piotrkiem do białego rana. Do białego rana, to ja nie mogłem tamtej sierpniowej nocy zasnąć, ból zmęczonych mięśni jakiego nigdy do tej pory nie zaznałem i zaznać nie pragnę.
Mogę śmiało wyznać, że był to największy błąd regeneracyjny w życiu, następnego dnia ledwo mogłem chodzić, na szczęście Trypek miał duży samochód, w którym bez problemu zmieścił się rower i ja.
Pojechałem drugi w życiu triathlon, na tym słowackim ścigaczu marki Vertec. Nie osiągnąłem znaczącej poprawy.
Kolarstwo i triathlon zaczęło przegrywać z bieganiem, ta dominacja trwa do dziś ale znowu przyszła nowa inspiracja, motywacja, nowe mrożące krew w żyłach wzloty i upadki na szosowych trasach…
C.D.N 🙂

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *