Pustynia pełna miłości

Pustynia pełna miłości

Sallalah Oman,  23 Listopada 2016.

XYZ… a b c d e f g h i j k l m n o… jedyne państwo na O. Tyle mniej więcej wiedziałem na temat Omanu w dniu zakupu wycieczki. Wstyd się przyznać, ale bardziej lokowałem wyobraźnią ten kraj na kontynencie afrykańskim.  Szybka weryfikacja i przyśpieszona lekcja geografii półwyspu arabskiego. Pierwsze myśli, surowo, bogato, konserwatywnie, ciepło i all inclusive. Nigdy wcześniej nie myślałem o wczasach tego typu, ale tym razem, uznaliśmy razem ze świeżo poślubioną małżonką, że oto właśnie nadszedł ten moment na odrobinę luksusu.
Na początku poszukiwań wiadomości o Omanie, w głowie utkwiło mi jedno zdanie Magdy, „kochanie, tam jest pustynia dookoła hotelu”. Ok, w takim razie będę czerpał ze wszystkich atrakcji jakie niesie nadmorski resort, na pewno w tydzień nie zdążymy wszystkiego wykorzystać. Poza tym potrzebowaliśmy słońca, ciepła i chwil w bezruchu. Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie plan na kilkudziesięciominutowe utkwienie wzroku w jednym punkcie i czekanie na rozwój sytuacji, w miejscu pozornie nieciekawym… nie wiedziałem co to będzie, ale uznałem że właśnie w trakcie wczasów będzie na to odpowiednia chwila. Na taką medytację.

20161117_111705

Sportu będzie mało, kilka razy pobiegam i popływam, takie założenia.

Ciepło, przyjemnie, nieupalnie, w powietrzu bak wyraźnego zapachu, jaki pamiętam choćby z Kenii. Takie były pierwsze wrażenia po wyjściu z lotniska. Hotel, kolacja, spacer po plaży i szybko spać, żeby jutro stało się już z chwilę.  Szczegóły nocy miodowego miesiąca, pozostawiam pamiętnikowi i żonie Magdalenie.

Nie tak łatwo było obudzić się o świcie i brać każdy promień słońca, uznaliśmy że pierwszego dnia należy nam się większa niż zwykle dawka snu. Jutro wstanę wczesnym rankiem i zanim słońce zacznie rozgrzewać piasek, spróbuję jak biega się w Omanie. Pierwszą aktywnością, najbardziej naturalną w tych warunkach musiało być pływanie. Morze Arabskie w okolicach Sallalah (Hotel Fanar), nie należy do krystalicznie przejrzystych, ale jest ciepłe i doskonale bawi przy pomocy fal i pięknych piaszczystych szerokich plaż. Postanowiliśmy, że czas doszkolić delfina. Magda jako trener, ja jako zawodnik, od pierwszego dnia systematyczny trening o wysokiej intensywności żartów, małej objętości , pełnej swobodzie i bardzo bliskich relacjach trener – zawodnik.  Metody bezstresowego treningu. Na początku nogi i doskonalenie ruchów poprzez styl wężowca, zajęło to 2 dni, drugiego dnia dołączone ręce i mamy pierwsze przebłyski.

Podobno delfiny co jakiś czas przypływają w okolice, jednak przez cały pobyt nie udało się nam ich spotkać. Za to delfin, jako styl pływacki zastał opanowany w stopniu dostatecznym.

All inclusive nie zawiera wycieczek, za dodatkowe zwiedzanie atrakcji regionu należy słono płacić.  Nasz budżet nie zakładał takich wydatków. Ale my sami nie zakładaliśmy też, że pierwszego dnia weźmiemy udział w narodowym święcie Omanu w taki sam sposób jak robią to obywatele tego państwa.

Siadamy przy plażowym barze, zamawiamy drinki, Magda idzie do toalety, po chwili do baru podchodzi  młody Arab, czapeczka z płaskim daszkiem, luźna koszulka, duże okulary, smartfon w dłoni i bardzo wesoły nastrój. Bardziej przypominał turystę. Przywitał się dosiadając i niemal w tej samej chwili pokazał tapetę na telefonie. „Do you know who is this?” na ekranie dużego Samsunga mężczyzna w odświętnym mundurze wojskowym, o nienagannie przystrzyżonej siwej brodzie i w eleganckim turbanie na głowie. Po jednym dniu pobytu w Omanie, zdążyłem się domyślić, że nie może to być nikt inny jak Sułtan (……)

Yes, thats Sulan…., odparł nowy towarzysz barowy, and today is national day, sorry, not national day its a fucking national day, dodał dosadnie. Rozmowa toczyła się według klasycznego toru rozmów tubylec -turysta. Skąd jesteś, czy się podoba itp. Abdullah okazał się spragnionym kultury zachodniej młodym Omańczykiem, który w weekend zdejmuje tradycyjny strój i uderza w miasto. Choć w tym przypadku to określenie powinno brzmieć raczej „uderza w kurorty”. Miejsc do imprezowania w europejskim stylu nie znajdziecie w Omanie, dlatego młodzi ludzie, ciekawi innego, niż tradycyjny styl zabawy, szukają wrażeń w hotelach lub w … samochodach, którymi włóczą się po pustni.

Razem z Abdullahem siedział drugi mężczyzna(Allalah),  znacznie bardziej przypominający tradycyjnego Omańczyka, wprawdzie również ubrany był po zachodniemu, bardziej powściągliwy, spokojny i z pełnym szacunkiem do Islamu, którego wyraźnie brakowało jego kompanowi. Po ok 30 minutowej rozmowie, wymianie informacji na swój temat, Allalah zadał mi pytanie.

– Czy masz czas? Czy chcesz zobaczyć jak prawdziwi Omańczycy obchodzą 46  rocznicę objęcia urzędu przez Sułtana? Nie nalegam, jeśli tylko masz czas, podkreślał.
Spojrzałem na Magdę, nie słyszała tego pytania,  potem odwróciłem się i odparłem

– tak, bardzo chętnie.
– Kochanie, oni chcą nas zabrać na wycieczkę po okolicy.
– Super, to fajnie.
– To idź się przebierz.
– Co? Ale teraz? Jak?
– tak teraz, jedziemy ich samochodem, potem odwiozą nas do hotelu, 1h max 1,5.

W głowie miałem statystyki, które czytała Magda na temat Omanu, „przestępczość pospolita nie istnieje”, „Omańczycy to niezwykle przyjazny naród, otwarty i życzliwy”
W głowie szumiały dwie lampki wina i gin z tonikiem, zachłyśnięci gorącym powietrzem i potrzebą przygody wsiedliśmy do Toyoty FJ Abdullaha. On sam długo się wzbraniał przed odejściem od hotelowego baru, w końcu czekał na to cały tydzień. Allalah, pracował w jakiejś firmie turystycznej, jak twierdził miał kontakt z Europejczykami. Przejawiało się to w czasami przesadnym szacunku dla naszych ewentualnych zachcianek, czy muzyka ok, czy papierosy w samochodzie ok? Właściciel auta sprawiał wrażenie wstawionego, dlatego powiedzieliśmy, że nie wsiadamy z nim. Żeby prowadził Allalah. Ostatecznie ulegliśmy… (nie wiem czemu). W środku jak w dobrym klubie, muzyk światełka, zapach, klima i dodatkowo 300koni pod maską. Impreza  samochodzie, jest fajnie. Częstują nas perfumami, pachnął zupełnie inaczej. (Braliśmy prysznic).

Omańczycy  z czasem coraz więcej rozmawiali ze sobą, głośno i intensywnie gestykulując. Rozmowa była pogodna, właściwie to wyglądał na typowo imprezową gatkę. Żarty i niesamowite historie o znajomych. Ten burzliwy dialog, niemal całkowicie dla nas niezrozumiały, przeplatany był uniwersalnym językiem mediów społecznościowych. Zwłaszcza Abdullah, posługiwał się nim bezbłędnie i niezwykle sprawnie. Prowadząc samochód, w jednej ręce trzymał telefon, na którym zmieniał muzykę dokładając co rusz nowe jeszcze mocniejsze kawałki  a kiedy trafiał na dobry beat, natychmiast nagrywał filmik i wrzucał snapy (Snap czat, aplikacja ). Kiedy zapytałem, co będzie kiedy zatrzyma nas policja? Czy używanie samrtfona w trakcie jazdy jest karane? co z alkoholem?
– No problem, Oman people can drive and use a phone in the same time, in Poland no?, odparł Allalah.
Abdullah, chyba w ogóle nie bardzo zrozumiał moje rozterki.
Policja nie może nas zatrzymać dopóki jedziemy poniżej 120km, skwitował Abdullah.
Ok, skoro tak. To niech się dzieje wola nieba, czy też Allaha bo w końcu jesteśmy u niego w gościach.

Zatrzymaliśmy się pod domem Allalaha, gdzie mieliśmy przesiąść się z nowoczesnej do zabytkowego mercedesa. Na chwilę zostaliśmy sami z Magdą w samochodzie, Omańczycy weszli do domu. Spojrzeliśmy sobie w oczy bez słów pytając co dalej? Czy boisz się? Strachu w oczach Magdy nie widziałem, czyli jestem dobrym mężem, nie boi się przy nie i ufa, pomyślałem. Nie mogę zaprzeczyć,  obawy lekkie były, ale z drugiej strony czułem się jak na dobrej imprezie z kumplami.
Kiedy ruszyliśmy w dalsza podróż, wspomnianym mercedesm, czuliśmy porządny dreszcz emocji i zarazem też jakiś nie do końca uzasadniony spokój. Po mieście jeździły jeszcze bardziej rozbawione samochody, wypełnione Omańczykami. Auta, bez względu na klasę, od przeciętnej Toyoty, po wypasioneho Lexusa, wymalowane sprayami lub oklejone profesjonalnym sitodrukiem. Oczywiście wszystko w barwy narodowe i podobizny panującego sułtana. Po kilkunastu minutach wyjechaliśmy za miasto, coraz mniej świateł, atmosfera samochodej imprezy też przygasła. Wyraźnie jedziemy w góry, światła miasta oddalają się. Muzyka nie przestaje głośno grać, więc strach nie jest w stanie się przebić. Nagle zwalniamy.  Przy drodze spotykamy pierwszego wielbłąda, potem kolejne i kolejne. Zatrzymujemy się a Allalah, niczym wytrawny i dobrze opłacony przewodnik, podpowiada nam jak mamy podchodzić do Wielbłąda żeby go nie spłoszyć.  W takim momencie wizja porwania dla okupu zaczyna być nierealna. Z drugiej strony, ta sytuacja może mieć drugie dno, zdobyć zaufanie ofiary, to przecież podstawa. No ale oni zaraz wrzucają całą sytuację na snapa… wiec to nie może być porwanie.  Nasi przewodnicy pokazują nam piękną rozświetloną panoramę miasta. Opowiadają jak tu jest zielono w trakcie pory deszczowej i że Omańczycy bardzo lubią to miejsce. Zjeżdżamy w dół, mijamy dziesiątki aut stojących na poboczach a przy nich małe ogniska, rozstawione krzesełka i stoliki. Cale rodziny pod gwieździstym niebem siedzą, rozmawiają, piją herbaty, kawe, jedzą. Tak przy najmniej to wyglądało. Miejscami były to przestrzenie wielkości boiska piłkarskiego, usiane mini obozowiskami rodzinnymi.
Tego dnia czytałem książkę pt „Hygge, duńska sztuka szczęścia”, opisującą jak praktykować czynności, które wprawiają jednostkę i całe rodzinny w stany szczęścia, przjaźni, miłości i relaksu. Wygląda na to, że Omańczycy mają tą sztukę również opanowaną.
Zjechaliśmy z głównej drogi, przedmieścia Sallalah, jakieś oświetlone budki, obok stacja benzynowa i parking przed barakami. Mężczyzna w fartuchu znajduje dla nas miejsce i zaprasza do zaparkowania. Miejsce nie nastrajało do wysiadania. Wprawdzie nie byliśmy sami, obok stały inne auta.  Allalah odkręcił szybę, zamienił kilka słów z kłaniającym się mężczyzną.
– do you like camel beef? Haw many sticks?
– One, just one.
Pierwsza reakcja obronna, przecież nie wiadomo co to jest, czy duże czy małe i czy w ogóle, to przełkniemy. Abdullah zaczął się śmiać, że jeden to nic, że co najmniej trzy. Ostatecznie stanęło na dwóch szaszłykach z wielbłąda. Wyciągnąłem pieniądze aby dołożyć się do naszego zestawu w „cameldrive”. Oczywiście stanowczo odmówili przyjęcia.
– you are in my country, I pay.
Szaszłyki były przepyszne, doskonale wysmażone, kruche i aromatyczne. Znalazło się też piwo, idealnie komponowało się w tym zestawie.
Obok nas zaparkował duży Lexus a w nim cztery dziewczyny. Za kierownicą młoda, klasycznej arabskiej urody, o mocnym pewnym spojrzeniu dziewczyna. Ona jako jedyna w aucie miała na głowie wyłącznie hidżab. Pozostałe trzy,  wyraźnie mniej śmiałe, miały na twarzach nikaby. Przypomniły mi si kawalerskie czasy, lub sceny z amerykańskich filmów, kiedy „męski” samochód stawał na światłach równolegle z „damskim”
Koleżanki z Lexusa były wyraźnie zainteresowany takim składem jak nasz. Magda pierwsza zwróciła na nie uwagę, obracając głowę w ich stronę.
– Look, look at them, wskazując palcem powiedział Allalah.
Na początku nie byłem pewien, zawsze byłem nieśmiały a co dopiero w obliczu praw szariatu, zakazującego kontaktu wzrokowego z kobietą
– Yes, you have to look at them, look they are waving to you, nasz nieoficjalny przewodnik był wyraźnie dumny, że zorganizował mi taką atrakcję, jaką jest spojrzeć Omance w oczy.
Nie sądziłem, że kiedykolwiek fakt posiadania żony poskutkuje możliwością nawiązania kontaktu wzrokowego z inną kobietą.
Oczy tych dziewczyn były bardzo pogodne, nie różniły się niczym od polskich imprezowiczek spotkanych gdzieś na światłach, no może jedynie tym, że były trzeźwe. Zamówiły wielbłądzie szaszłyki a my odjechaliśmy nastrojeni na dalszą imprezę. Abdullah wyjął piwka. Impreza znowu wraca. Carlos Santana, hip hop i clubowe granie.  Znowu rodziny przy dogach i małe ogniska. Po  kilku minutach zatrzymujemy się przy wesołym miasteczku, najpierw nieśmiało wychodzimy z auta, bo okolica pomimo świątecznej atmosfery ponownie nie nastraja. Wokół śmieci, piasek, kamienie, wszystko w lekkim nieładzie. Centralny punkt, to samochodziki elektryczne i dmuchana zjeżdżalnia, na szczycie której dumnie kołyszą się dwa bałwany. Możliwość zjechania z plastikowej góry lodowej nie była dla nas upragnioną atrakcją, choć jeszcze kilka tygodni temu planowaliśmy wyjazd na narty.  W końcu wsiadamy do samochodzików elektrycznych, to był mój pierwszy raz, przez 36 lat nie zdarzyło mi się skorzystać z tej klasycznej atrakcji, aż dopiero dwójka Omańczyków, zafundowała mi i Magdzie taką niearabską rozrywkę. Z nas dwojga, w tego typu sytuacjach,  ja zawsze jestem trochę na nie, że może to tylko dla dzieci, że jedźmy dalej i że chce mi się siku..
rzeczywiście pęcherz był pełny a wokół brak wyraźnych znaków, co robić w takiej sytuacji, brak drzew, murki są, ale czy to mieści się w zasadach szariatu? Wytrzymałem, jeździło się fantastycznie, obiłem sobie kolano. Nagrałem kilka filmików, wzorując się na naszym omańskim koledze, który w trakcie kilkuminutowej jazdy  niemal bez przerwy wysyłał w świat obraz swojej i naszej aktualnej sytuacji.
– I need to piss, wypowiedziałem dość wyraźnie i stanowczo.
– Ok, ok, we are going wright now.
Dojechaliśmy do miasta a tam zatrzymaliśmy się przy kolejnej trakcji jaką w swoim autorskim programie obmyślił Allalah. Naturalny, prawdziwy, niekomercyjny bazar, czy też suk, na którym skromny hindus siekał kokosy, owijał je w kolorowa gazetę i podawał przez uchylona szybę mercedesa.
– Tell your wife you can go out, feel free, door are open
czyli, że możemy wychodzić? Czy że musimy? Ja nie mam ochoty zmieniać ułożenia pęcherza. Magda wręcz przeciwnie, aż rwie się, żeby wyjść i zobaczyć stragany nocą. Podchodzi do stołu, na którym sikane są kokosy. Nasz drugi ziomek, bo w tej chwili urośli do rangi kumpli, machał tasakiem i rozpoławiał kokosy, wygryzając miąsz z dziką rozkoszą. Magda walczyła z pierwszym orzechem, upomniane przeze mnie o konieczności zachowania zasad bhp. Pierwszy zamach zdecydowany ściął ostatnie ślubne „żele” z kciuka. Na szczęście kolejne bardziej precyzyjne, choć w dalszym ciągu nieporadne cięcia, zniszczyły kokosa na tyle, żeby wybrać ze środka delikatną słodką kokosowa watę.
– nagrywasz to?
– tak, yyy tzn nie, myślałem, że  nacisnąłem, psiaa kostkaaa

– Dobra lets go, you forgot i need to toilet
– Ok, lets go it’s behind he corner

Zatrzymaliśmy się na stacji i po kilku minutach ruszyliśmy dalej.
Ciagle niepokoiło nas to, że coraz mniej rozmawiali z nami, nagrywanie flmików i snap chat w dalszym ciągu non stop. Pogodny uśmiech na momenty kiedy Magda rewanżowała się zdjęciem lub snapem.  Jedziemy dalej a sznur samochodów jakby się zagęszczał, zmierzamy znowu poza miasto. Jedziemy coraz wolniej, bo przed nami formuje się jakiś dziwny korek. Samochody zjeżdżają z różnych stron, kierowca lekko zdezorientowany. W końcu stajemy w miejscu otoczeni innymi samochodami. Ze względu na tłok i to,  że każdy kierowca próbuje być sprytniejszy, przechytrzyć drugiego, wepchać się przed. Rozmowy naszych ziomków zmieniają ton, wyraźny nerw. Allalah chyba czuł się zakłopotany faktem, że wycieczka nagle mocno zwolniła. Poza tym obiecał że wracamy za 1,5h. Zerknąłem na zegarek, od momentu wyjazdu z hotelu minęło ponad 2h.
Tymczasem ruchem kieruje jakiś człowiek, nerwowo i czasami bezradnie machając rękami. Pełni tą funkcję zdecydowanie doraźnie, nie daje sobie rady z agresywnymi kierowcami. Naprzeciw siebie, z obu  stron nadjeżdżają kolejne samochody, przejazd jest szerokości jednego. Pomyślałem wtedy, że możemy tam utkwić na kilka godzin, bo sytuacja nie wyglądała dobrze.  Tubylcy też nic nie mówili czemu tu jesteśmy.
– Allalah, let’s get back to hotel.
– You wana go back? Ok, lets go back.
Wykorzystał moment, skręcił koła mercedesa i ruszył bezdrożem w poszukiwaniu drogi powrotnej.
Zaskoczyło mnie taka szybka reakcja. Spodziewałem się raczej, że będzie nas namawiał, że to jeszcze chwila i że to niedaleko. Miejsce, do którego się nie przedarliśmy to kolejny punkt gdzie tradycyjni Omańczycy świętują i spędzają wieczory. Pewnie ominęło nas coś ciekawego.
Byliśmy już zmęczeni, alkohol też się zmetabolizował. Kiedy zbliżaliśmy się, poczuliśmy ulgę ale zarazem żal, że to koniec tej nieplanowanej, niesamowitej wycieczki. Wycieczki, której na karcie all inclusive nie było.
Chcieliśmy się jakoś odwdzięczyć, najlepsza byłaby Żubrówka z naszego wesela, jedyny alkohol jaki zabraliśmy z Polski to litewski Stubras, przywieziony z zamiarem romantycznego upicia się z małżonką. Ech, niech to. Nie żałowałem, byli zdumieni i wyraźnie wzruszeni, po kilku słowach wytłumaczenia o co chodzi, przyjęli flaszkę.

– What are you doing tomorow?  Zapytał Allalah.
następnego dnia mieliśmy w planie jechać na poślubną sesję zdjęciową w góry. Magda zdradziła nasze plany, Allalah bez chwili wahania zaproponował, że jutro 1:30 będzie na nas czekał pod hotelem.
Znowu krótka chwila konsternacji,
– Ok, see you tomorow gusy!

Wracając do pokoju, trochę niedowierzaliśmy, temu co się wydarzyło,  ani temu, że jutro znowu jedziemy na wycieczkę, wciąż nie do końca pewni, szczerości intencji naszych nowych znajomych.

 

Sobota rano, śniadanie, plaża, morze, szybki obiad i  gotowi do drogi. Przyznam, że wątpliwości urosły, a moje wycofywanie się rakiem brało górę nad spontanicznym duchem, którego według Magdy nie wiele we mnie. Liczyłem trochę, że nie przyjadą i sami sobie zorganizujemy wycieczkę.
1:30 siedzimy w hotelowym lobby a ich nie ma. Nie odpisywali. Zatem jasna sprawa, z jakiegoś powodu dzisiaj nie. Ok 14:00 Magda dostaje snapa, na którym widać, że jadą. Ostatecznie dotarli ok 15:00. Zapakowaliśmy nasze stroje ślubne do terenowego auta, kurtuazyjna wymiana zdań o samopoczuciu i wsiadamy. Za kierownicą Abdullah, na jego twarzy, która wczoraj tryskała energią, uśmiechała się do telefonu, w każdym możliwym momencie, rysował się wyraźny kac. Już miałem zapytać, czy wypili wczoraj Strubasa i czy on był powodem tego spóźnienia, kiedy entuzjazm przed wyprawą zmącił miarowy stukot dochodzący z zewnątrz. Jakby koła samochodu jechały  po rozrzuconych cegłach, zatrzymaliśmy się po kilkunastu sekundach. W prawe tylne koło był wbity gwóźdź ¾ cala umocowany na kawałku grubej deski o wielkości dużej tabliczki czekolady.
Nie, to się nie dzieje, pomyślałem.

DCIM100GOPROG1491321.
DCIM100GOPROG1491321.

Abdullah wyraźnie zmartwiony i tak samo zaskoczony, wyjął gwóźdź po czym próbował zatkać dziurę tym samym gwoździem. Kolejny pomysł, to wlać tubkę kleju, nie ma kleju. Co w takim razie?
Próbujemy powiedzieć naszym kolegom, że jest nam przykro i że nie muszą czuć się zobowiązani.
maybe next time, we can go back to hotel.
Jakby w ogóle nie słyszeli tego co mówimy.
get in, we gona fix it.
Pewność z jaką to mówili, nie pozostawiał złudzeń. Poza tym  właściciel samochodu, zdążył już ucieszyć się z sytuacji i wysłać kilka snapów w gwoździem w kole.
Z jednej opony ucieka powietrze, na liczniku 140km/h po kilku minutach jesteśmy w przydrożnej stacji wulkanizacji. Podchodzi spokojny Hindus, który patrząc po brudnym fartuchu i dłoniach na brak pracy nie narzekał.

– it will take us 3 minutes, dont wory, zapewniał Allalh.
– Haw log does it take to get to the mountains? Zapytałem.
– 1 h, no meybe les, 45 min.
Jeszcze wczoraj mówił, że ok 1,5h. Zaczynam nabierać pewności, że poczucie czasu nie jest specjalnością Omańczyków. To kolejny dowód na to, że tam gdzie słońce jest głównym zegarem, wszystkie inne mierniki czasu są abstrakcją.
Zależało nam, żeby zdążyć na wieczorne słońce, nie mieliśmy profesjonalnego fotografa, dobrych aparatów ani tym bardziej sensownej wiedzy o fotografii. Jedyną szansą na udaną sesję  były plenery i piękne zachodzące słońce.  Tym czasem 15:45 a opona w dalszym ciągu się klei. Cała naprawa trwała ok 20 min, za co nasz główny przewodnik bardzo nas przepraszał. Z gestów i tonu rozmowy wywnioskowałem, że był bardzo niezadowolony z usługi, do tego stopnia, iż zażądał paragonu.
Jedziemy, mijamy małe miasteczka, aż w końcu wjeżdżamy w góry. Napęd na 4 koła i kurz za nami jak przystało na pustynię. Droga coraz bardziej wyboista i stroma, ale w dalszym ciągu wyraźna. Przez drogę przebiega wilk, czy też inne zwierzę wilkopodobne. Dookoła nic oprócz skał, ziemia koloru „brudny żółty”, małe kamienie, piach i coraz mniej drzew. Abdullah prze ostatnie kilometry nie robił żadnych zdjęć, do czasu kiedy na ta termometrze nie pojawiła się cyfra 20, ucieszył się jak dziecko na widok pierwszego śniegu. Natychmiast zrobił zdjęcie i wysłał w świat. Dodam tylko, temperatura nad morzem tego dnia,  lekko powyżej 30C.
Zaczynamy coraz częściej wymieniać się zaniepokojonymi spojrzeniami, zerkać nerwowo na zegarek. Obawiamy się, nie tylko o to, że nie zdążymy przed zachodem słońca,  na upragnione zdjęcia w górach. Tu już nie ma żywej duszy, a chłopaki coraz częściej robią wrażeni zdezorientowanych w topografii. Nawigacji brak, signal no. Słońce zachodzi ok 17:30, Allalah mówi że będziemy za 3 minuty, jest 17:00. Myślę, co warto zrobić teraz na wypadek jeśli jest coś w tej wyprawie czego nie wiemy. Wysłać jakiś sygnał, ślad ?  Pojawia się jedna kreska zasięgu. Bez paniki, trzeba rozejrzeć się w samochodzie dla ewentualnej samoobrony. Pytam się,
– is this place?
– yes, yes, 3 minutes.
Punkt widokowy wydaje się tuż obok nas, wystarczy zjechać, czemu nie jadą tam? Nawet na piechotę byśmy tam doszli a oni jadą w drugą stronę.
– czemu oni tam jadą? O co chodzi? Magda niecierpliwiła się.
Nie wiem, damy im jeszcze 5 min, jak nie będzie tego miejsca to wysiadamy i działamy, bo to zaczyna być coraz bardziej dziwne. Jechaliśmy raz w dół, raz pod górę, nie była to droga i raczej nikt tu nie jeździ…
– ok, thats here, you can get out..  zakomunikował Allalah
Zatrzymaliśmy się nad ogromnym klifem, z którego rozciągał się niesamowity widok. Piękne miejsce, choć były to już ostatnie minuty słońca, więc nie wszyto było widoczne a pusynna mgła czy jakaś omańska łuna ne pozwał na pełny obraz.
– Podaj sukienkę, szybko!!! Zapinaj, tak jak stanik, czemu się tak guzdrzesz?
– Spokojnie, przecież nigdy nie robiłem tego, poza tym i tak już słońce ucieka, zrobimy tu kilka fotek.
– dawaj, dawaj, tam na tą półę skalną, tam chce mieć zdjęcie.
Magda, jak to Magda we wszystkim co robi jest zdeterminowana, więc i sesja poślubna w górach Omanu musiała się udać.
Ja mam na nogach ASICSy,  Magda szpilki, biegniemy po ostatnie promienie słońca. Plener rzeczywiście niesamowity, gdybyśmy zabrali Czarka, naszego kolegę i slubnego fotografa,  pewnie mielibyśmy mistrzostwo świata, a tak jest vicemistrzostwo.

IMG-20161203-WA0000 (1)
Nasi kumple początkowo nie zwracali na nas uwagi, sami również cieszyli się urokiem tego miejsca, oczywiście wszystko skrzętnie dokumentując telefonami.  Kiedy zaczęliśmy gonić słońce, ruszyli za nami. Tu wyraźnie zarysowały się różnice  sprawności biegowej, bardzo szybko zaczęli iść. Odcinek ok 300m pod górę, między kamieniami i kolczastymi roślinami nie należał do najłatwiejszych, tym bardziej Magdzie należy się podziw, że zrobiła to na szpilach. Obcasy do wymiany.
19C zaczęło i dla nas być niską temperaturą, zapadł zmrok, Abdullah zamilkł i jego twarz przestała być promienna. Allalah również jakby zamknął się w sobie. Nie nawiązywał kontaktu. Ciekawe czy wiedzą jak wrócić? Jadąc tu mieliśmy problemy ze znalezieniem drogi, a co dopiero po ciemku.
– dont wory, i know the road, mało zdecydowanie próbował uspokoić Allalah.
No dobra chyba nas nie sprzedali, wygląda na to, że zmarzli i też już chcą wracać do domu.
– szkoda, że tak późno tu przyjechaliśmy, słabe te zdjęcia, no ale może coś z tego będzie. Jutro jedziemy sami znacznie wcześniej,
zakomunikowała żona.
Po kilkunastu minutach bardzo terenowej jazdy, wjechaliśmy na miejsca którymi przejeżdżaliśmy.
– uff  to jednak dobra droga, ja już chce do hotelu Kochanie, Magdę chyba dość mocno zmęczyło przedsięwzięcie. Emocje opadały z każdę chwilą, droga do hotelu trwała ponad godzinę.
Nie zostaliśmy porwani przez górskich bojowników, bo takowych w Omanie nie ma, nic złego nam się nie stało, zyskaliśmy nowych znajomych z odległego zakątka świata i kilka fajnych zdjęć w dziewiczych miejscach, niezapomnianych wspomnień nie wspomnę.
To było co najmniej niespodziewane wydarzenie naszego midowego miesiąca, do dziś nie wiem co do końca  o tym myśleć. Jestem jednak niemal przekonany, że to są właśnie nowi Omańczycy, zlepek tradycji muzułmańskich i ciekawości innych kultur. Kiedy kolejnego dnia sami wybraliśmy się wypożyczonym autem na poszukiwanie plenerów, spotkaliśmy bardzo przyjazne reakcje. Nawet kiedy Magda stawał na środku drogi, aby złapać epicki obraz pt. „wspólna droga”, to ja byłem bardziej niechętny sytuacji niż mijające nas muzułmańskie samochody. (Magdy sukienka miała odsłonięte plecy, łącznie z odcinkiem lędźwiowym.)
– is this your weding day? Congratulations! Krzyczeli nobliwi panowie wychylając się z luksusowych bryk.
Omańczycy okazali się bardzo przyjaznym i otwartym narodem, podobno Ci na północy w stolicy Muscat, sa jeszcze bardziej.
Nie pobiegałem w Omanie, może następnym razem.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *